Lubię, kiedy książka dotyka czułych strun. Kiedy podczas czytania zatrzymuję się na chwilę i myślę, że to o mnie lub o kimś, kogo dobrze znam. Lubię, gdy fabuła delikatnie, a czasem brutalnie, wskazuje elementy, które zgadzają się z moim własnym życiem. Kiedy książka zmusza mnie do tego, żeby na chwilę przestać czytać i po prostu zacząć czuć.
Marisa ma wszystko, prawda? Stylowe życie w Madrycie, ciekawą pracę, ładne zdjęcia w telefonie, sąsiada do łóżka, wspomnienia z młodości, których można się uczepić jak tratwy ratunkowej. Codzienność, która wygląda lepiej niż niejeden feed na Instagramie. Tylko że… coś tutaj bardzo nie gra.
Beatriz Serrano bowiem napisała książkę, którą czyta się z duszą na ramieniu i ściśniętym gardłem. To nie jest kolejna historia o dziewczynie w wielkim mieście. To brutalnie szczery, bezlitośnie współczesny portret kobiety, która z dnia na dzień powoli się rozsypuje, mimo że przecież wszystko układa się jak trzeba.
W pewnym momencie tej książki złapałam się na tym, że przestałam oddychać. Bo czy Marisa to nie ja? Albo ty? Kto z nas nie udawał, że wszystko jest okej, kiedy nie było? Kto nie rozpoznaje w niej tej codziennej walki: z pustką, z lękiem, z samotnością pomimo towarzystwa?
To nie jest książka, która daje odpowiedzi. Ale zadaje pytania, których boimy się wypowiedzieć głośno. Pokazuje, że depresja może mieć pomalowane usta i nowe sneakersy. Że można się śmiać przy winie, a potem godzinami gapić się w sufit. Że perfekcyjnie urządzona kuchnia nie daje siły, by rano w niej zrobić choćby kawę, nie mówiąc już o jajecznicy.
To książka dla tych, którzy kiedyś płakali do poduszki, bo nie wiedzieli, czego właściwie im brakuje. Dla tych, którzy mają dość pozytywnego myślenia i tanich porad z TikToka. Dla tych, którzy wiedzą, jak blisko jest od sukcesu do rozpaczy. I jak trudno jest przyznać, że się nie daje rady.
To książka, którą powinno się czytać powoli. I niekoniecznie w dobrym nastroju.

Komentarze
Prześlij komentarz