Przejdź do głównej zawartości

Beatriz Serrano — Ogród rozpaczy ziemskich

Lubię, kiedy książka dotyka czułych strun. Kiedy podczas czytania zatrzymuję się na chwilę i myślę, że to o mnie lub o kimś, kogo dobrze znam. Lubię, gdy fabuła delikatnie, a czasem brutalnie, wskazuje elementy, które zgadzają się z moim własnym życiem. Kiedy książka zmusza mnie do tego, żeby na chwilę przestać czytać i po prostu zacząć czuć.



Marisa ma wszystko, prawda? Stylowe życie w Madrycie, ciekawą pracę, ładne zdjęcia w telefonie, sąsiada do łóżka, wspomnienia z młodości, których można się uczepić jak tratwy ratunkowej. Codzienność, która wygląda lepiej niż niejeden feed na Instagramie. Tylko że… coś tutaj bardzo nie gra.

Beatriz Serrano bowiem napisała książkę, którą czyta się z duszą na ramieniu i ściśniętym gardłem. To nie jest kolejna historia o dziewczynie w wielkim mieście. To brutalnie szczery, bezlitośnie współczesny portret kobiety, która z dnia na dzień powoli się rozsypuje, mimo że przecież wszystko układa się jak trzeba.

W pewnym momencie tej książki złapałam się na tym, że przestałam oddychać. Bo czy Marisa to nie ja? Albo ty? Kto z nas nie udawał, że wszystko jest okej, kiedy nie było? Kto nie rozpoznaje w niej tej codziennej walki: z pustką, z lękiem, z samotnością pomimo towarzystwa?

To nie jest książka, która daje odpowiedzi. Ale zadaje pytania, których boimy się wypowiedzieć głośno. Pokazuje, że depresja może mieć pomalowane usta i nowe sneakersy. Że można się śmiać przy winie, a potem godzinami gapić się w sufit. Że perfekcyjnie urządzona kuchnia nie daje siły, by rano w niej zrobić choćby kawę, nie mówiąc już o jajecznicy.

To książka dla tych, którzy kiedyś płakali do poduszki, bo nie wiedzieli, czego właściwie im brakuje. Dla tych, którzy mają dość pozytywnego myślenia i tanich porad z TikToka. Dla tych, którzy wiedzą, jak blisko jest od sukcesu do rozpaczy. I jak trudno jest przyznać, że się nie daje rady.

To książka, którą powinno się czytać powoli. I niekoniecznie w dobrym nastroju.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bajka o królowej Róży

Całkiem niedaleko, bo tuż za brzozwym lasem, stał biały domek pokryty starą cementową dachówką, którą tu i ówdzie pokrywał mech. Pomalowane na zielono okiennice lśniły w słońcu, a wielkie, otwarte na oścież drzwi zachęcały do odwiedzin. W domku mieszkał ogrodnik Szkuta, którego największą miłością było hodowanie kwiatów. Jak nikt inny znał wszystkie rośliny znajdujące się w ogrodzie, dbał o nie, pielęgnował i pomagał rosnąć. Jego największą tajemnicą było to, że potrafił porozumiewać się ze swoimi kwiatami. To właśnie one mówiły mu gdzie najlepiej je posadzić, w którym miejscu ziemia jest odpowiednio żyzna, a w którym miejscu wyleguje się rudy kocur Stefek i lepiej byłoby to miejsce omijać. Szkuta kochał swój ogród, ale brakowało mu rośliny, z której byłby dumny i mógłby chwalić się nią wśród znajomych. Pragnął takiej rośliny, która królowałaby w jego ogrodzie, dlatego w pierwszy piątek czerwca wybrał się na wielki targ rolniczy z zamiarem zakupienia sadzonek. Jego ...

Bajka o wrocławskich krasnalach

Baju, baju, bajka... Wszystkie dzieci wiedzą o tym, że krasnoludki to małe dzieln e skrzat y , które pracują w nocy i pomagają ludziom. Ale czy wiecie, że jest miasto, w którym krasnale żyją i mają się dobrze? Nie? No to spieszę z pomocą. Otóż krasnale mieszkają we Wrocławiu, pięknym mieście położonym na Dolnym Śląsku. Mieszka tam pewien mały chłopiec, który przeżył niezwykłą przygodę. Mam 10 lat i na imię mi Cyryl. Mieszkam z mamą w dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu, w starych koszarach wojskowych. Mój tato był porucznikiem w wojsku, ale zginął na misji i zostaliśmy z mamą we dwoje. Mam rude włosy i piegowaty nos. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mama mówi, że dzięki temu jestem wyjątkowy. Chodzę do szkoły na naszym osiedlu i mam wielu przyjaciół. W naszym bloku mieszkają ludzie, którym często pomagam. Czasem pomagam sąsiadce z dołu, wyprowadzam psa pana Kazimierza lub przytrzymuję ciężkie drzwi od klatki, żeby Pani Krysia mogła swobodnie wejść wraz ze swoimi rozkrzycza...

Nalewki

O tym, że po kieliszeczku nalewki ciepło rozlewa się leniwie po organizmie i przyjemnie mrowi w palcach, wie każdy. O jej działaniu napotnym i terapeutycznym również. Ale, że drugiego dnia, po przekroczeniu limitu łeb waży tyle co czterdziestotonowa ciężarówka, to nie piszą nigdzie.  Łyczek rozgrzewającego trunku dla kurażu, kropelka nalewki do herbaty - potrafią zdziałać cuda. Już w przeszłości poważane matrony raczyły się słodkim cherry, zagryzając maślanymi ciasteczkami. Taką mieszankę zdecydowanie odradzam, ze względu na niekompatybilność wyżej wymienionych składników, których spożycie w nadmiarze może wywołać sensacje dwudziestego wieku w jelitach. No, chyba, że lubicie obcowanie z porcelanowym ludkiem, wtedy oczywiście, bardzo proszę, ale ja ostrzegałam. Na półkach sklepowych znajdziecie milion różnych smaków, ale domowe nalewki nie mają nic wspólnego z tymi komercyjnymi. Prawdziwa, zdrowotna nalewka śmierdzi, rozgrzewa i pali gardło jak garść chili, ale staw...