Znacie ten moment, kiedy herbata stygnie, dzieci absolutnie nie są senne, a dorosły desperacko szuka czegoś pomiędzy „jeszcze jednej bajki” a „już naprawdę śpimy”? No właśnie, ja też go znam i często po raz kolejny i kolejny czytałam to, co przed chwilą. Do czasu, kiedy na scenę wkroczył cały na biało, a właściwie na zielono Giorgio Parisi i rozpoczął swój taniec pełen nauki i uśmiechu.
Punktem wyjścia jest sytuacja znana każdemu, kto kiedykolwiek miał do czynienia z dziećmi po godzinie 21, czyli np. dziadek i wnuki, które nie chcą spać. Co robi dziadek? Nie negocjuje, nie grozi, nie udaje wilka (choć wilk się tu pojawi). On opowiada historie. I to jakie!
U Parisiego bajki to nie tylko czarownice z lasu i zwierzęcy bohaterowie z charakterem, ale też sprytna przemytniczka wiedzy. Nagle okazuje się, że między jednym chichotem a drugim dzieciaki chłoną wiedzę i dowiadują się czegoś o przyrodzie, nauce i emocjach. Tak zupełnie mimochodem.
Tytułowa zielona mucha jest dokładnie taka, jaka powinna być dobra bohaterka, czyli trochę niepozorna, trochę uparta i zdecydowanie bardziej fascynująca, niż sugeruje jej rozmiar. A straszny zębaty Wilk? Też nie do końca taki, jaki znany jest z klasycznych bajek. Każda historia niesie tu ze sobą ciepło, humor i mądrą puentę, która nie umoralnia, tylko mruga porozumiewawczo okiem.
Ogromnym plusem książki są ilustracje Camilli Pintonato. Wspaniałe kolorowe, lekkie i magiczne. Takie, które sprawiają, że dziecko chce przewracać strony, a dorosły myśli: hmm, ładne, naprawdę ładne. To ilustracje, które nie dominują tekstu, tylko zapraszają do środka.
To bajki, które bawią, uspokajają i delikatnie przypominają, że nauka i magia wcale się nie wykluczają. Wręcz przeciwnie, razem smakują najlepiej.
Jeśli szukacie książki, która połączy opowieść, wiedzę i wieczorny spokój (choćby na 15 minut) to „Zielona mucha” będzie strzałem w dziesiątkę. A dziadka z tej książki chciałoby się mieć pod ręką.
Komentarze
Prześlij komentarz