Należę do tego gatunku czytelników, którzy jak już ukochają sobie jakąś serię to wszystko, co pojawi się wokół głównej opowieści, łykają jak żaba muł. Cieszę michę szeroko i mruczę z ukontentowaniem, gdy tylko autor uchyla kolejne drzwi do znanego już świata.
Akcja książki toczy się niemal sto lat przed wydarzeniami znanymi z „Gry o tron”. Wtedy honor bywał potężniejszy niż ogień smoków, a Westeros z jej włodażami mniej cyniczne, jeszcze nie do końca skażone politycznym wyrachowaniem, a jednocześnie wcale nie wolne od intryg, sporów i ludzkich słabości.
Głównym bohaterem jest Duncan Wysoki, zwany Dunkiem, młodym giermkiem, który po śmierci swojego pana rusza w drogę, by odnaleźć własne miejsce w świecie. Nie jest on typowym bohaterem fantastycznym, ponieważ nie ma wielkiego nazwiska, pradawnego miecza ani proroczego przeznaczenia. Ot, chłopaczysko. Ma za to kręgosłup moralny, prostolinijność i szczere przekonanie, że rycerski honor naprawdę coś znaczy. W świecie, który coraz częściej wystawia te ideały na próbę, chłopak jest momentami naiwny i łatwowierny, ale właśnie dzięki temu staje się postacią tak autentyczną i co tu dużo mówić, sympatyczną.
„Rycerz Siedmiu Królestw” to w istocie zbiór trzech opowieści, które łączy wspólny bohater i motyw drogi. Trochę tu lżej jeśli chodzi o styl, ale nie oznacza to uproszczenia świata, wręcz przeciwnie. Duzo tu precyzji kronikarza i serca bajarza, bo tylko on potrafi z takim rozmachem pokazać codzienność zwykłych ludzi, rycerzy bez ziemi i marzeń większych niż sakiewka pełna srebra. Dzięki temu Westeros staje się bardziej namacalne, bliższe i mniej pomnikowe.
To idealna propozycja zarówno dla zagorzałych fanów „Gry o tron”, jak i dla tych, którzy obawiali się monumentalności głównej sagi. To opowieść o dorastaniu, odpowiedzialności i wyborach, które definiują człowieka. A dla takich czytelników jak ja, którzy wszystko „wokół” ukochanego uniwersum chłoną bez opamiętania, to lektura, po której naprawdę chce się mruczeć z ukontentowaniem.
Komentarze
Prześlij komentarz