Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Wiem, że to sobie trudno wyobrazić, ale co by się stało, gdyby w jednej sekundzie zniknęli wszyscy dorośli? Bez ostrzeżenia. Bez wyjaśnienia. Ano można domyślać się wielu rzeczy, ale tez można zajrzeć do książki Michaela Granta i przekonać się, ze mimo, że jest to jedynie opowieść, która nigdy się nie wydarzyła, to jednak autor traktuje ją śmiertelnie poważnie i prowadzi prosto w sam środek koszmaru. W niewielkim kalifornijskim miasteczku Perdido Beach świat nagle przestaje działać. Nauczyciele znikają z klas w trakcie lekcji, rodzice znikają z domów, kierowcy znikają zza kierownic samochodów. W jednej chwili dzieci zostają same. Zdezorientowane, przerażone, bez opieki i co gorsza, uwięzione pod tajemniczą, niewidzialną kopułą, która odcina je od reszty świata, a To jednak dopiero początek. Grant buduje tu wizję postapokalipsy, która jest szczególnie przejmująca, bo jej bohaterami są dzieci i nastolatki. To oni muszą zorganizować sobie życie w nowej rzeczywistości. Muszą zdobywać jedze...