Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Pamiętam, że po lekturze trylogii Dewabadu miałam kaca. Okrutnego i kilkunastodniowego, który nie pozwolił mi na czytanie innych książek. Przebolałam i powoli wróciłam do książkowego życia, ale ciągle z tyłu głowy dudniły mi imiona bohaterów i ich przygody. Do Rzeki srebra podeszłam więc ostrożnie, bo jakże to tak wracać do ukochanego świata po kilku latach? Jest to zbiór opowieści osadzonych w świecie „Miasta mosiądzu”, ale nie jest to jedynie [jak sądziłam] nostalgiczny dodatek do głównej trylogii. Bo tu, Chakraborty oddaje głos tym, którzy wcześniej pozostawali na drugim planie, dzięki temu dobrze znany świat nabiera nowych barw, a wydarzenia, które znam, zaczynają wyglądać inaczej, oglądane z perspektywy innych ludzi. Najbardziej podoba mi się wielogłosowość tej książki. Każda historia otwiera kolejne drzwi do świata pełnego magii, politycznych intryg, dawnych konfliktów i osobistych dramatów. Są tu i dworskie tajemnice, i przeszłość naznaczona krwią, i przeklęte miejsca...