Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
„Pucking Wild” to książka, która wystawiła moją cierpliwość na ciężką próbę i przyznam szczerze, że kompletnie nie rozumiem fenomenu Emily Rath. Po lekturze jestem jeszcze bardziej zdezorientowana tym, skąd bierze się zachwyt nad jej twórczością, bo to jedna z tych książek, które miały być lekkim romansem sportowym z odrobiną pikanterii, a okazały się męczącą przeprawą przez źle napisane dialogi, papierowych bohaterów i fabułę pozbawioną wiarygodności. Nie mam nic przeciwko odważniejszym scenom w romansach. Dobrze napisane sceny intymne potrafią budować napięcie i pogłębiać relację między bohaterami. Problem w tym, że w Pucking Wild są one jedynym elementem, który zdaje się interesować autorkę. Wszystko pomiędzy nimi sprawia wrażenie dopisanego na szybko i bez większej troski o jakość. Największym problemem są dialogi, które brzmią sztucznie, nienaturalnie i często wywołują raczej zażenowanie niż uśmiech. Riposty, które miały być błyskotliwe i zabawne, są przewidywalne oraz wymuszone. ...