Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Czy można rozciąć warstwy historii i sprawdzić, co kryje się pod powierzchnią ulotnej przecież pamięci, czy rodzinnych podań? Ano można i Anne Rabe robi to doskonale! Rok 1989 to symboliczny moment, upadł wówczas słynny mur berliński, jednak dla Stine, bohaterki powieści, wydarzenie to nie stanowi spektakularnego przełomu, lecz raczej niewyraźne tło. Miała zaledwie trzy lata, gdy świat wokół niej uległ radykalnej zmianie. To za mało, by rozumieć politykę, ale wystarczająco dużo, by odczuć jej konsekwencje, zwłaszcza te, które przenikają życie rodzinne i zapisują się dużymi zgłoskami. Rodzina Stine jest głęboko zakorzeniona w ideologii NRD i wyraźnie odcina się od próby rozliczenia się z przeszłością wybierając milczenie. To właśnie ono staje się jednym z najważniejszych elementów tej powieści. Jest bowiem ukazane wielowymiarowo, bo i jako mechanizm obronny, jako narzędzie przemocy, ale i jako sposób przekazywania traumy. W świecie nakreślonym przez Rabe brak słów nie oznacza...