Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Tak się zastanawiałam, czy ta ksiażka mnie wymęczy czy pochłonę ją w trymiga i szybko doszłam do wniosku, ze nie włożę tej książki do żadnej szufladki, bo są to „Baciary z piekła rodem” – książka, którą czytałam z wytrzeszczem oczu, co chwilę sprawdzając okładkę, żeby upewnić się, że autor naprawdę dostał pozwolenie na publikację tego, co właśnie napisał. Ziemowit Szczerek wziął był kilo historii, garść geografii, szczyptę polityki, trochę narodowych mitów, zdrowy rozsądek i kilka przypadkowych gołębi ze Lwowa i łupnął tym do wielkiego sagana, korzystając z przepisu z własnej wyobraźni, który mógłby się nazywać „katastrofa humanitarna”, a następnie podał czytelnikowi koktajl z parasolką i ostrzeżeniem od sanepidu. Akcja tego szaleństwa dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Polska wygrała wojny, ale przegrała kontakt z rzeczywistością. Lwów jest Nowym Rzymem Europy, Warszawą gardzi się tak bardzo, że prawdopodobnie nawet GPS odmawia wyznaczania tam trasy, a po ulicach kr...