Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Długo przyszło nam czekać na drugi tom tej historii, bo minął przecież ponad rok, ale wiecie co? Było warto. Okazało się bowiem, że to dokładnie to, czego potrzebowałam i czego oczekiwałam. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj romantasy, w którym poza romansem jest magia, niezwykłe moce, walki, polityczne intrygi, przeznaczenie i bohaterowie rozdarci między tym, czego pragną, a tym, co powinni zrobić. Po wydarzeniach podczas święta Fyremas Rhya Fleetwood nie ma już złudzeń, że jej życie nigdy nie będzie spokojne. Straciła przyjaciół, dom, poczucie bezpieczeństwa, a przede wszystkim musi zmierzyć się z konsekwencjami własnej mocy. Jednocześnie coraz bardziej komplikuje się jej relacja z Pennem, który pochłonięty jest odbudową swojego królestwa i żądzą zemsty. Rhya trafia na Dwór Wody, gdzie jest gościnią tajemniczego króla Sorena. I właśnie tutaj zaczyna się jedna z najciekawszych części tej historii. Więź łącząca Rhyę i Sorena jest intrygująca, pełna napięcia i niedopowiedzeń, a im więc...