Dawno temu, w pięknych zielonych lasach gdzie teraz znajduje się pojezierze łagowskie panowała harmonia i spokój. Matka Natura zadbała o to by mieszkańcom tych ziem niczego nie brakowało. Lasy były pełne zwierzyny, grzybów i jagód, a jezioro wokół których powstała osada, obfitowało w ryby. Ludziom żyło się dobrze i dostatnio, bo z szacunkiem odnosili się do wszystkich stworzeń. Jezioro, które było czyste jak najprzedniejszy kryształ, kryło w swoich głębinach cudowną tajemnicę, której strzegła sama Matka Natura. Wysyłając niegdyś lodowiec w te strony, wiedziała, że stworzy duże jezioro rynnowe o bajecznych kształtach, wielu zakamarkach i nierównym pofalowanym dnie. Po wielu długich latach żmudnego żłobienia, udało jej się uzyskać zadowalający efekt i stwierdziła, że to właśnie tutaj będzie odpoczywała. I choć wtedy nie nadawano jeszcze nazw, to Matka Natura postanowiła, że osobiście dopilnuje by w przyszłości nadano mu nazwę Ciecz. Pod jej nieobecność jeziora...
Zastanawiałam się ostatnio nad tym, dlaczego ja sobie to robię? A potem szybko odpowiedziałam sobie na to pytanie – no przecież nie można wciąż czytać dobrych książek! Miałam nauczkę po pierwszej powieści autorki, ale zapomniałam, wszak minął rok. No, ale do sedna. Tym razem Shain postawiła na bardziej romantyczną formę i postanowiła swoich bohaterów umieścić w znanej konwencji: on jest arcybogaty, gburowaty i pedantyczny, buduje nowoczesny kompleks hotelowy. Ona jest kolorowym ptakiem, marzącym o własnej cukierni w tymże miejscu. Wizje tych dwojga nie współgrają ze sobą, ale przecież przeciwieństwa się przyciągają. To mogła być urocza opowieść w konwencji od miłości do nienawiści, a była okropnym czytadłem pełnym seksu, który zdominował całą historię. Nic tu nie ma sensu, wszystko się chwieje w posadach i nawet solidny fundament nie jest w stanie utrzymać tej historii w pionie. Trudno tu odróżnić huć od uczuć, wszystko sprowadza się do seksu i wokół niego się kr...