Od kilkunastu miesięcy w cyklach romantasy prym wiodą smoki, wspaniałe majestatyczne, niebezpieczne i absolutnie obowiązkowe stworzenia. W „Na krwawych skrzydłach” do tej popularnej mieszanki dołączają wampiry, więc jeśli ktoś zdążył pomyśleć, że o tych drugich świat już zapomniał, to jest w dużym błędzie. Tutaj wracają w pełnej, krwawej krasie i od razu przejmują kontrolę.
Historia Medry Pendragon, dziewczyny pół-fae i rzekomo ostatniej smoczej jeźdźczyni, od początku wrzuca czytelnika w sam środek niebezpiecznego świata Akademii Krwawych Skrzydeł. Oczywiście jest tu wszystko, czego można się spodziewać po tym gatunku, bo i elitarną akademię, śmiercionośne zasady i sieć intryg, która oplata bohaterów niczym pajęczyna. Do tego dochodzi jednak element, który wyraźnie wyróżnia tę książkę, czyli osobliwa tradycja łączenia wysoko urodzonych w konfiguracje z dwiema żonami lub mężami. Ten motyw dodaje historii pieprzu, nawet jeśli scen intymnych jest stosunkowo niewiele.
Główna bohaterka jest charakterna, uparta i potrafi postawić na swoim, ale jednocześnie bywa zaskakująco łatwowierna. Jej spojrzenie na świat jest momentami wyidealizowane, co prowadzi ją do decyzji, które czytelnik może uznać za dość naiwne. Z kolei Blake Drakharrow to postać znacznie bardziej problematyczna, mimo dość wysokiej rangi jest niepewny, skryty, a przy tym kłamliwy i egoistyczny. Choć autorka wyraźnie próbuje przedstawić go jako bohatera pozytywnego, trudno całkowicie kupić tę wizję, bo jego działania często temu przeczą. To jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że relacja między nim a Medrą przyciąga uwagę.
Największą siłą książki jest jednak jej wciągająca fabuła. Historia została skonstruowana w taki sposób, że trudno się od niej oderwać, zwroty akcji pojawiają się w odpowiednich momentach, a napięcie jest umiejętnie podtrzymywane.
A jeśli ktoś sięga po tę książkę głównie dla smoków… no cóż, tutaj może poczuć lekki niedosyt. Tych wrednych stworów jest jak na lekarstwo i pozostają raczej w cieniu wydarzeń. Wygląda jednak na to, że ich prawdziwa rola dopiero się zacznie i wszystko wskazuje na to, że w kolejnym tomie w końcu pokażą swoje prawdziwe oblicze.Od kilkunastu miesięcy w cyklach romantasy prym wiodą smoki, wspaniałe majestatyczne, niebezpieczne i absolutnie obowiązkowe stworzenia. W „Na krwawych skrzydłach” do tej popularnej mieszanki dołączają wampiry, więc jeśli ktoś zdążył pomyśleć, że o tych drugich świat już zapomniał, to jest w dużym błędzie. Tutaj wracają w pełnej, krwawej krasie i od razu przejmują kontrolę.
Historia Medry Pendragon, dziewczyny pół-fae i rzekomo ostatniej smoczej jeźdźczyni, od początku wrzuca czytelnika w sam środek niebezpiecznego świata Akademii Krwawych Skrzydeł. Oczywiście jest tu wszystko, czego można się spodziewać po tym gatunku, bo i elitarną akademię, śmiercionośne zasady i sieć intryg, która oplata bohaterów niczym pajęczyna. Do tego dochodzi jednak element, który wyraźnie wyróżnia tę książkę, czyli osobliwa tradycja łączenia wysoko urodzonych w konfiguracje z dwiema żonami lub mężami. Ten motyw dodaje historii pieprzu, nawet jeśli scen intymnych jest stosunkowo niewiele.
Główna bohaterka jest charakterna, uparta i potrafi postawić na swoim, ale jednocześnie bywa zaskakująco łatwowierna. Jej spojrzenie na świat jest momentami wyidealizowane, co prowadzi ją do decyzji, które czytelnik może uznać za dość naiwne. Z kolei Blake Drakharrow to postać znacznie bardziej problematyczna, mimo dość wysokiej rangi jest niepewny, skryty, a przy tym kłamliwy i egoistyczny. Choć autorka wyraźnie próbuje przedstawić go jako bohatera pozytywnego, trudno całkowicie kupić tę wizję, bo jego działania często temu przeczą. To jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że relacja między nim a Medrą przyciąga uwagę.
Największą siłą książki jest jednak jej wciągająca fabuła. Historia została skonstruowana w taki sposób, że trudno się od niej oderwać, zwroty akcji pojawiają się w odpowiednich momentach, a napięcie jest umiejętnie podtrzymywane.
A jeśli ktoś sięga po tę książkę głównie dla smoków… no cóż, tutaj może poczuć lekki niedosyt. Tych wrednych stworów jest jak na lekarstwo i pozostają raczej w cieniu wydarzeń. Wygląda jednak na to, że ich prawdziwa rola dopiero się zacznie i wszystko wskazuje na to, że w kolejnym tomie w końcu pokażą swoje prawdziwe oblicze.
Komentarze
Prześlij komentarz