Zastanawiałam się ostatnio nad tym, dlaczego ja sobie to robię? A potem szybko odpowiedziałam sobie na to pytanie – no przecież nie można wciąż czytać dobrych książek! Miałam nauczkę po pierwszej powieści autorki, ale zapomniałam, wszak minął rok. No, ale do sedna.
Tym razem Shain postawiła na bardziej romantyczną formę i postanowiła swoich bohaterów umieścić w znanej konwencji: on jest arcybogaty, gburowaty i pedantyczny, buduje nowoczesny kompleks hotelowy. Ona jest kolorowym ptakiem, marzącym o własnej cukierni w tymże miejscu. Wizje tych dwojga nie współgrają ze sobą, ale przecież przeciwieństwa się przyciągają.
To mogła być urocza opowieść w konwencji od miłości do nienawiści, a była okropnym czytadłem pełnym seksu, który zdominował całą historię.
Nic tu nie ma sensu, wszystko się chwieje w posadach i nawet solidny fundament nie jest w stanie utrzymać tej historii w pionie.
Trudno tu odróżnić huć od uczuć, wszystko sprowadza się do seksu i wokół niego się kręci, mnóstwo też tu podkreślania bogactwa, które jest tak bagatelizowane przez głównego bohatera, że wychodzi wprost przeciwnie. A choroba głównej bohaterki, jej dziwna i toksyczna relacja z matką i siostrą zostaje spłycona i robi się byle jaka.
Miała być urocza powieść o miłości, ale w przypadku tej autorki chyba się nie da.
Komentarze
Prześlij komentarz