Zastanawiające, że niektóre książki przychodzą do człowieka w odpowiednim momencie. Że są jak żywy organizm i spozierają swoją okładką, jakby chciały wykrzyczeć: proszę, przeczytaj mnie! I być może powieść Amber Hamilton nie oddziaływałaby na mnie tak silnie w latem czy wiosną, ale teraz, kiedy mróz ścisnął ziemię, wydarła ze mnie wiele emocji i zachwyciła potężnie, choć nie była powieścią bezbłędną.
Jest to opowieść złożona z tak wielu warstw i tak mocno naładowana emocjami, że sprawia wrażenie chaotycznej i nieprzemyślanej. Czasem za szybko kończy się akcja, czasem niektóre elementy zostają porzucone bez wyjaśnienia, ale w jakiś taki dziwny i zupełnie nielogiczny sposób trafiają do odbiorcy. Czasem autorka zupełnie przypadkowo mianowała swojego bohatera. O, na przykład Roze jest łowcą czarownic, a nic o nim nie wiadomo. Ot, został mianowany przez królową i tyle. To samo dotyczy tajnego stowarzyszenia, które jakoś mocno kojarzyło się ze Stowarzyszeniem Umarłych Poetów. Same zaręczyny głównych bohaterów są mocno naciągane, no ale... Sama nie wiem co mnie w tej książce urzekło. Chemia łącząca głównych bohaterów czy sama główna nić opowieści, która mnie zachwyciła?
Trzeba Wam wiedzieć, że ta historia powstała na kanwie opowieści dobrze znanych w literaturze. Znajdzie się tu bowiem i nawiązanie do Harry'ego Pottera, ale i do Królewny Śnieżki, Śpiącej Królewny czy makabrycznych baśni braci Grimm, a to wierzchołek góry lodowej. Opowieść o Violet i Rozie jest jednym wielkim zlepkiem historii, które już powstały, ale nikt z takim rozmachem ich nie połączył. Z tak wielu znanych opowieści mogłoby wyjść coś bardzo okropnego, a granica była cienka, jednak jakimś cudem Amber udało się z tego wybrnąć.
To jest ładna historia o miłości, magii i oddaniu, ubarwiona niebanalnym i zaskakującym zakończeniem. Polecam, pomimo kilku potknięć.
Komentarze
Prześlij komentarz