Przejdź do głównej zawartości

Amber Hamilton - Siedem śmiertelnych cieni

 Zastanawiające, że niektóre książki przychodzą do człowieka w odpowiednim momencie. Że są jak żywy organizm i spozierają swoją okładką, jakby chciały wykrzyczeć: proszę, przeczytaj mnie! I być może powieść Amber Hamilton nie oddziaływałaby na mnie tak silnie w latem czy wiosną, ale teraz, kiedy mróz ścisnął ziemię, wydarła ze mnie wiele emocji i zachwyciła potężnie, choć nie była powieścią bezbłędną.



Jest to opowieść złożona z tak wielu warstw i tak mocno naładowana emocjami, że sprawia wrażenie chaotycznej i nieprzemyślanej. Czasem za szybko kończy się akcja, czasem niektóre elementy zostają porzucone bez wyjaśnienia, ale w jakiś taki dziwny i zupełnie nielogiczny sposób trafiają do odbiorcy.  Czasem autorka zupełnie przypadkowo mianowała swojego bohatera. O, na przykład Roze jest łowcą czarownic, a nic o nim nie wiadomo. Ot, został mianowany przez królową i tyle. To samo dotyczy tajnego stowarzyszenia, które jakoś mocno kojarzyło się ze Stowarzyszeniem Umarłych Poetów. Same zaręczyny głównych bohaterów są mocno naciągane, no ale... Sama nie wiem co mnie w tej książce urzekło. Chemia łącząca głównych bohaterów czy sama główna nić opowieści, która mnie zachwyciła?

Trzeba Wam wiedzieć, że ta historia powstała na kanwie opowieści dobrze znanych w literaturze. Znajdzie się tu bowiem i nawiązanie do Harry'ego Pottera, ale i do Królewny Śnieżki, Śpiącej Królewny czy makabrycznych baśni braci Grimm, a to wierzchołek góry lodowej. Opowieść o Violet i Rozie jest jednym wielkim zlepkiem historii, które już powstały, ale nikt z takim rozmachem ich nie połączył. Z tak wielu znanych opowieści mogłoby wyjść coś bardzo okropnego, a granica była cienka, jednak jakimś cudem Amber udało się z tego wybrnąć. 

To jest ładna historia o miłości, magii i oddaniu, ubarwiona niebanalnym i zaskakującym zakończeniem. Polecam, pomimo kilku potknięć.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bajka o królowej Róży

Całkiem niedaleko, bo tuż za brzozwym lasem, stał biały domek pokryty starą cementową dachówką, którą tu i ówdzie pokrywał mech. Pomalowane na zielono okiennice lśniły w słońcu, a wielkie, otwarte na oścież drzwi zachęcały do odwiedzin. W domku mieszkał ogrodnik Szkuta, którego największą miłością było hodowanie kwiatów. Jak nikt inny znał wszystkie rośliny znajdujące się w ogrodzie, dbał o nie, pielęgnował i pomagał rosnąć. Jego największą tajemnicą było to, że potrafił porozumiewać się ze swoimi kwiatami. To właśnie one mówiły mu gdzie najlepiej je posadzić, w którym miejscu ziemia jest odpowiednio żyzna, a w którym miejscu wyleguje się rudy kocur Stefek i lepiej byłoby to miejsce omijać. Szkuta kochał swój ogród, ale brakowało mu rośliny, z której byłby dumny i mógłby chwalić się nią wśród znajomych. Pragnął takiej rośliny, która królowałaby w jego ogrodzie, dlatego w pierwszy piątek czerwca wybrał się na wielki targ rolniczy z zamiarem zakupienia sadzonek. Jego ...

Bajka o wrocławskich krasnalach

Baju, baju, bajka... Wszystkie dzieci wiedzą o tym, że krasnoludki to małe dzieln e skrzat y , które pracują w nocy i pomagają ludziom. Ale czy wiecie, że jest miasto, w którym krasnale żyją i mają się dobrze? Nie? No to spieszę z pomocą. Otóż krasnale mieszkają we Wrocławiu, pięknym mieście położonym na Dolnym Śląsku. Mieszka tam pewien mały chłopiec, który przeżył niezwykłą przygodę. Mam 10 lat i na imię mi Cyryl. Mieszkam z mamą w dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu, w starych koszarach wojskowych. Mój tato był porucznikiem w wojsku, ale zginął na misji i zostaliśmy z mamą we dwoje. Mam rude włosy i piegowaty nos. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mama mówi, że dzięki temu jestem wyjątkowy. Chodzę do szkoły na naszym osiedlu i mam wielu przyjaciół. W naszym bloku mieszkają ludzie, którym często pomagam. Czasem pomagam sąsiadce z dołu, wyprowadzam psa pana Kazimierza lub przytrzymuję ciężkie drzwi od klatki, żeby Pani Krysia mogła swobodnie wejść wraz ze swoimi rozkrzycza...

Nalewki

O tym, że po kieliszeczku nalewki ciepło rozlewa się leniwie po organizmie i przyjemnie mrowi w palcach, wie każdy. O jej działaniu napotnym i terapeutycznym również. Ale, że drugiego dnia, po przekroczeniu limitu łeb waży tyle co czterdziestotonowa ciężarówka, to nie piszą nigdzie.  Łyczek rozgrzewającego trunku dla kurażu, kropelka nalewki do herbaty - potrafią zdziałać cuda. Już w przeszłości poważane matrony raczyły się słodkim cherry, zagryzając maślanymi ciasteczkami. Taką mieszankę zdecydowanie odradzam, ze względu na niekompatybilność wyżej wymienionych składników, których spożycie w nadmiarze może wywołać sensacje dwudziestego wieku w jelitach. No, chyba, że lubicie obcowanie z porcelanowym ludkiem, wtedy oczywiście, bardzo proszę, ale ja ostrzegałam. Na półkach sklepowych znajdziecie milion różnych smaków, ale domowe nalewki nie mają nic wspólnego z tymi komercyjnymi. Prawdziwa, zdrowotna nalewka śmierdzi, rozgrzewa i pali gardło jak garść chili, ale staw...