Książka, o której dziś, stała się częścią mojego czytelniczego świata już dawno temu. W zasadzie to cała seria zawładnęła moim jestestwem i do dziś się tam solidnie rozpycha z Tolkienem na spółkę.
I nie przesadzę, jeśli napiszę, że uwielbiam tę monumentalną sagę George’a R.R. Martina dosłownie za wszystko. Kocham jego rozmach, tysiące stron tekstu, kolejne intrygi, polityczne gierki, ale i zdrady, i sojusze zawierane z wyrachowania. Wielbię też bohaterów, których los potrafi się zmienić się w jednej chwili.
Powrót do Westeros zawsze jest fascynujący, ale teraz mogę pozwolić sobie na wybiórcze czytanie, bo doskonale znam całą serię. Więc wracam sobie do świata, który z jednej strony jest przerażająco brutalny, a z drugiej tak fascynujący, że bardzo trudno się z niego wydostać, ale to sam środek tej serii.
Martin jest mistrzem tworzenia historii wielowarstwowych, a tutaj nic nie dzieje się przypadkiem. Każde słowo może mieć swoje konsekwencje, które pojawią się dopiero wiele stron później, a czytelnik musi być cały czas czujny, bo w Westeros naprawdę nikt nie może czuć się bezpiecznie.
Uwielbiam również to, że Martin nie dzieli swoich bohaterów na dobrych i złych. Wprawdzie jest tu całe spektrum ludzi, bo zdarzają się i szlachetni, ale też podli, odważni, i tchórzliwi oraz bezwzględni i tacy, którzy po prostu próbują przetrwać. I właśnie ta niejednoznaczność jest najciekawsza i najbardziej skomplikowana.
Trzeba pamiętać, że to nie lekkie romantasy, które kończy się happy endem, a książka wymagająca, monumentalna i pełna postaci oraz wątków, które trzeba mieć cały czas w głowie.
I wiecie co? Ja po prostu lubię się w tym świecie zgubić. Wrócić do Westeros, przypominać sobie stare konflikty, odkrywać kolejne zależności I obserwować walkę o władzę.
To monumentalna, misternie skonstruowana, nieprzewidywalna i zdecydowanie jedna z tych serii, które będę kochać niezależnie od tego, ile razy do nich wrócę.
Komentarze
Prześlij komentarz