Nie trzeba być ekonomistą, żeby zrozumieć wielką katastrofę finansową, wystarczy umieć tylko odpowiednio szybko spojrzeć na dane.
Książka Lewisa opowiada o kryzysie finansowym z 2008 roku, ale opisuje moment, w którym absurd przestał być absurdem, bo wystarczająco wiele osób zaczęło traktować go jako normę. A wszystko zaczęło się od kredytów hipotecznych.
Kredyty zostały nazwane jako skomplikowane instrumenty finansowe, te zyskały kolejne warstwy, a ryzyko zaczęło wędrować od jednego uczestnika rynku do drugiego. Im bardziej skomplikowany stawał się mechanizm, tym łatwiej było przestać zadawać podstawowe pytanie, co właściwie znajduje się w środku.
Autor opisał więc ludzi, wśród których znajdują się ekscentrycy, outsiderzy obsesyjnie przywiązani do liczb, często nieprzystosowani do finansowego establishmentu. Ludzie, którzy zamiast zachwycać się rosnącymi wykresami, zaczęli czytać drobny druk i sprawdzać dane. I zobaczyli coś, czego inni zobaczyć nie chcieli.
To najbardziej fascynujący element tej historii, bo katastrofa nie była przecież całkowicie niewidoczna. Jej oznaki znajdowały się na wyciągnięcie ręki, ale problem polegał na tym, że wymagały zakwestionowania rzeczy, w które wierzył niemal cały finansowy świat.
Lewis świetnie pokazuje tę odmianę zbiorowego szaleństwa, w której każdy kolejny uczestnik systemu może mieć własne uzasadnienie dla tego, co robi. Bank zarabia. Pośrednik zarabia. Agencja ratingowa wystawia ocenę. Inwestor kupuje. Kolejny sprzedaje. Każdy wykonuje swoją część pracy, a odpowiedzialność za całość gdzieś po drodze rozpływa się między tabelami, wykresami i kolejnymi transakcjami. Aż w końcu okazuje się, że nikt właściwie nie trzyma kierownicy.
„Big Short” jest przez to książką i o pieniądzach, i o ludzkiej psychice. O swego rodzaju konformizmie, potrzebie wiary w to, że skoro wszyscy robią coś od lat, to musi to mieć sens.
Najbardziej przejmujące jest bowiem to, że kilku ludzi przewidziało katastrofę i to jak długo można było jej nie zauważać.
Michael Lewis ma niezwykły dar opowiadania o rzeczach, które z natury rzeczy powinny być śmiertelnie nudne. Skróty, obligacje, kredyty subprime, instrumenty pochodne, modele ryzyka, to wszystko mogłoby zamienić książkę w ekonomiczny podręcznik. Tymczasem Lewis tworzy z tego niemal thriller.
Mechanizm opisany przez Lewisa nie jest wyłącznie mechanizmem Wall Street. W podobny sposób działają przecież ludzie w wielu innych dziedzinach życia. Przyzwyczajamy się do pewnych przekonań, ufamy większości, uznajemy coś za prawdę, ponieważ wystarczająco długo powtarzają to inni. A człowiek, który zaczyna zadawać niewygodne pytania, szybko może zostać uznany za dziwaka. Dopóki nie okaże się, że mieli rację.
Michael Lewis napisał książkę inteligentną, ironiczną i niezwykle wciągającą. Bo ostatecznie nie jest to książka o tym, jak upadł rynek. A jest to książka o tym, co dzieje się wtedy, gdy zbyt wielu ludzi przez zbyt długi czas bardzo chce wierzyć, że wszystko jest w porządku.
Komentarze
Prześlij komentarz