Przyznać się muszę, że nie miałam wcześniej przyjemności poczytać Kronik Amberu, w końcu to nadrobiłam i... o ileż jestem teraz bardziej świadoma, że nie tylko Tolkienem i spółką człowiek żyje.
Zelazny stworzył koncepcję niezwykle sugestywną, ponieważ istnieje Amber jako rzeczywisty, pierwotny świat oraz jego przeciwieństwo, Dworce Chaosu. Pomiędzy nimi rozciąga się nieskończona mnogość Cieni, światów będących odbiciami, wariantami i zniekształceniami rzeczywistości. To znakomity fundament dla opowieści, w której granica nieustannie się przesuwa.
Amber nie jest przy tym krainą, w której łatwo znaleźć klasycznych bohaterów i szlachetne motywacje, bo to świat rodzinnych konfliktów, politycznych rozgrywek, zdrad i walki o wpływy. Rodzeństwo Corwina bardziej przypomina drapieżników obserwujących się nawzajem niż kochającą się rodzinę, a każdy może okazać się sprzymierzeńcem, ale równie łatwo może stać się też przeciwnikiem. W tej grze zaufanie jest walutą o wyjątkowo wysokiej cenie.
I właśnie tutaj Zelazny rozkłada karty i pokazuje swoją pisarską klasę. „Kroniki Amberu” nie są przesadnie napuszoną fantasy, bo autor pozwala sobie na ironię, przeplataną czarnym humorem i pewną nonszalancją.
Podoba mi się również to, jak Zelazny traktuje samą ideę rzeczywistości. Cienie można odczytywać nie tylko jako fantastyczne alternatywne światy, lecz także jako metaforę pamięci, tożsamości i ludzkiego postrzegania. Skoro istnieje nieskończenie wiele wariantów świata, czym właściwie jest oryginał? A skoro Corwin nie pamięta własnej przeszłości, to czy może mieć pewność, że pamięć, którą odzyskuje, jest pełną prawdą o nim samym?
„Kroniki Amberu” są czymś więcej niż efektowną sagą o walce o tron, ponieważ pod powierzchnią przygody kryje się opowieść o władzy, ale też rodzinie, pamięci i poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, którego zasady okazują się znacznie bardziej skomplikowane, niż można było przypuszczać.
Nie jest to przy tym fantasy, które próbuje przypodobać się współczesnemu czytelnikowi za wszelką cenę. Styl Zelaznego ma w sobie coś z literackiego oldschoolu, jest oszczędny, momentami surowy, ale jednocześnie niezwykle obrazowy. Autor nie potrzebuje setek stron opisów, aby zbudować poczucie ogromu swojego uniwersum. Kilka celnych zdań wystarcza, by otworzyć przed czytelnikiem kolejne drzwi prowadzące do Cieni.
To fantasy inne od klasycznej opowieści o wybrańcu, magicznym artefakcie i wielkiej wyprawie, bo tutaj najważniejsza bitwa może rozegrać się w obrębie rodziny, a największą tajemnicą może okazać się własna przeszłość, a świat, który wydawał się rzeczywisty, może być zaledwie jednym z nieskończonych Cieni.
Zelazny stworzył sagę inteligentną, przewrotną i zaskakująco nowoczesną. „Kroniki Amberu” mają w sobie zarówno rozmach wielkiej fantasy, jak i kameralność opowieści o rodzinie, w której każdy coś ukrywa.
Komentarze
Prześlij komentarz