Przejdź do głównej zawartości

Ben Aaronovitch – Księżyc nad Soho

 Czasem trafiam na książki, które rozwijają się bardzo powoli. Wleką się, snują i czasem nawet nudzą, ale ostatecznie, gdzieś w połowie rozkręcają się na tyle, że powieść warto skończyć, bo jednak okazuje się, że autor miał coś do powiedzenia i summa summarum było warto się pomęczyć. Tak było i tym razem, a historia księżycowa została uratowana. Choć przyznać trzeba, że łatwo nie było.



Mamy tu londyńskiego policjanta, który jest i stróżem prawa, i protegowanym czarownika, który to usiłuje rozwiązać zagadkę dziwnych śmierci. Wszystkie wyglądają na proces naturalny, ale jak się bliżej przyjrzeć, to wcale nie...

To, co zachwyciło mnie w tej powieści, to cudowny, nieco mglisty i przytłaczający Londyn, mnóstwo typowo angielskich elementów i tajemnica, którą trzeba rozwikłać. Przyjemne były też dialogi i całkiem zmyślne śledztwo, które raz po raz dłużyło się jakby utknęło w nomen omen martwym punkcie, po  to by po chwili wybuchnąć i wyjaśnić co nieco.

Gorzej było jednak  postaciami, które były mało wyraziste, szare jak mgła nad Tamizą i nijakie niczym brytyjska monarchia. Bohaterom brakowało opisów, charakteru, blichtru "złoli" i wyważenia tych "sprawiedliwych". Coś tu ewidentnie nie poszło, a to spowodowało, że powieść traci dużo i daje niewiele satysfakcji z czytania.

Ostatecznie, muszę przyznać, że uratowała tę całą powieść magiczna i fantastyczna otoczka. Fajny i dość oryginalny pomysł na uśmiercanie muzyków przez potwory żywiące się jazzowymi dźwiękami i utalentowanymi duszami.

Ciekawa jestem, w którą stronę autor skieruje swe myśli w trzecim tomie. W jaki sposób wyjaśni subtelne niedopowiedzenia, z którymi zostawił czytelnika i czy pewne rzeczy w ogóle da się wyjaśnić.

Obiecująca część druga pozostawia swego rodzaju niedosyt treści. Nie pozostaje więc nam nic innego jak czekać na drugi tom.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bajka o królowej Róży

Całkiem niedaleko, bo tuż za brzozwym lasem, stał biały domek pokryty starą cementową dachówką, którą tu i ówdzie pokrywał mech. Pomalowane na zielono okiennice lśniły w słońcu, a wielkie, otwarte na oścież drzwi zachęcały do odwiedzin. W domku mieszkał ogrodnik Szkuta, którego największą miłością było hodowanie kwiatów. Jak nikt inny znał wszystkie rośliny znajdujące się w ogrodzie, dbał o nie, pielęgnował i pomagał rosnąć. Jego największą tajemnicą było to, że potrafił porozumiewać się ze swoimi kwiatami. To właśnie one mówiły mu gdzie najlepiej je posadzić, w którym miejscu ziemia jest odpowiednio żyzna, a w którym miejscu wyleguje się rudy kocur Stefek i lepiej byłoby to miejsce omijać. Szkuta kochał swój ogród, ale brakowało mu rośliny, z której byłby dumny i mógłby chwalić się nią wśród znajomych. Pragnął takiej rośliny, która królowałaby w jego ogrodzie, dlatego w pierwszy piątek czerwca wybrał się na wielki targ rolniczy z zamiarem zakupienia sadzonek. Jego ...

Bajka o wrocławskich krasnalach

Baju, baju, bajka... Wszystkie dzieci wiedzą o tym, że krasnoludki to małe dzieln e skrzat y , które pracują w nocy i pomagają ludziom. Ale czy wiecie, że jest miasto, w którym krasnale żyją i mają się dobrze? Nie? No to spieszę z pomocą. Otóż krasnale mieszkają we Wrocławiu, pięknym mieście położonym na Dolnym Śląsku. Mieszka tam pewien mały chłopiec, który przeżył niezwykłą przygodę. Mam 10 lat i na imię mi Cyryl. Mieszkam z mamą w dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu, w starych koszarach wojskowych. Mój tato był porucznikiem w wojsku, ale zginął na misji i zostaliśmy z mamą we dwoje. Mam rude włosy i piegowaty nos. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mama mówi, że dzięki temu jestem wyjątkowy. Chodzę do szkoły na naszym osiedlu i mam wielu przyjaciół. W naszym bloku mieszkają ludzie, którym często pomagam. Czasem pomagam sąsiadce z dołu, wyprowadzam psa pana Kazimierza lub przytrzymuję ciężkie drzwi od klatki, żeby Pani Krysia mogła swobodnie wejść wraz ze swoimi rozkrzycza...

Nalewki

O tym, że po kieliszeczku nalewki ciepło rozlewa się leniwie po organizmie i przyjemnie mrowi w palcach, wie każdy. O jej działaniu napotnym i terapeutycznym również. Ale, że drugiego dnia, po przekroczeniu limitu łeb waży tyle co czterdziestotonowa ciężarówka, to nie piszą nigdzie.  Łyczek rozgrzewającego trunku dla kurażu, kropelka nalewki do herbaty - potrafią zdziałać cuda. Już w przeszłości poważane matrony raczyły się słodkim cherry, zagryzając maślanymi ciasteczkami. Taką mieszankę zdecydowanie odradzam, ze względu na niekompatybilność wyżej wymienionych składników, których spożycie w nadmiarze może wywołać sensacje dwudziestego wieku w jelitach. No, chyba, że lubicie obcowanie z porcelanowym ludkiem, wtedy oczywiście, bardzo proszę, ale ja ostrzegałam. Na półkach sklepowych znajdziecie milion różnych smaków, ale domowe nalewki nie mają nic wspólnego z tymi komercyjnymi. Prawdziwa, zdrowotna nalewka śmierdzi, rozgrzewa i pali gardło jak garść chili, ale staw...