Czy można rozciąć warstwy historii i sprawdzić, co kryje się pod powierzchnią ulotnej przecież pamięci, czy rodzinnych podań? Ano można i Anne Rabe robi to doskonale!
Rok 1989 to symboliczny moment, upadł wówczas słynny mur berliński, jednak dla Stine, bohaterki powieści, wydarzenie to nie stanowi spektakularnego przełomu, lecz raczej niewyraźne tło. Miała zaledwie trzy lata, gdy świat wokół niej uległ radykalnej zmianie. To za mało, by rozumieć politykę, ale wystarczająco dużo, by odczuć jej konsekwencje, zwłaszcza te, które przenikają życie rodzinne i zapisują się dużymi zgłoskami. Rodzina Stine jest głęboko zakorzeniona w ideologii NRD i wyraźnie odcina się od próby rozliczenia się z przeszłością wybierając milczenie. To właśnie ono staje się jednym z najważniejszych elementów tej powieści. Jest bowiem ukazane wielowymiarowo, bo i jako mechanizm obronny, jako narzędzie przemocy, ale i jako sposób przekazywania traumy. W świecie nakreślonym przez Rabe brak słów nie oznacza braku historii a jej zdecydowany nadmiar.
Momentem przełomowym jest dla Stine doświadczenie macierzyństwa, który uruchamia proces konfrontacji z przeszłością, nie dającą się już ignorować. Autorka jasno mówi o tym, że trauma potrafi być dziedziczona niecelowo, na przykład poprzez opowieści, gesty, reakcje, czy emocjonalne wzorce. Przemoc w tej książce nie ma jednego źródła, ponieważ jest rozproszona, wpisana w codzienność, niemal niewidoczna, a przez to szczególnie niebezpieczna.
Największą siłą Anatomii szczęścia jest jej język. Rabe pisze oszczędnie, bez sentymentalizmu, unikając łatwych emocjonalnych efektów. Jej styl przypomina tytułową anatomię, jest dość precyzyjny, analityczny, skupiony na strukturze. Każde zdanie wydaje się przemyślane, a każde odsłonięcie jest konieczne. Nie ma tu miejsca na moralizowanie ani na proste podziały na ofiary i sprawców. Zamiast tego ukazuje się obraz rzeczywistości, w której granice te są nieustannie negocjowane.
Warto podkreślić, że Rabe nie pisze „powieści o NRD” w sensie historycznym. Interesuje ją raczej to, co zostaje po systemie, czyli jego echo w relacjach międzyludzkich, w sposobach wychowania, czy nieprzepracowanych emocjach. To książka o konsekwencjach i o tym, że historia trwa w jednostce długo po tym, gdy oficjalnie uznano ją za zakończoną.
Autorka nie oferuje czytelnikowi pocieszenia, a tytułowe szczęście nie jest tu stanem osiągalnym, lecz problemem do zbadania, pewnego rodzaju konstruktem, który wymaga rozłożenia na części, by zrozumieć, dlaczego tak często okazuje się niemożliwy. Jeśli pojawia się nadzieja, to raczej w samym akcie nazwania tego, co przez lata pozostawało ukryte.
Anatomia szczęścia to literatura wymagająca, ale potrzebna, bo historia nie kończy się wraz z politycznymi deklaracjami, a przeszłość nie znika tylko dlatego, że przestajemy o niej mówić. Przeciwnie, wtedy zaczyna działać najintensywniej. W tym sensie jej książka jest nie tylko opowieścią o Niemczech Wschodnich, lecz także uniwersalnym studium pamięci, przemocy i dziedziczenia.
To powieść, która nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym i właśnie dlatego jest tak istotna.
Komentarze
Prześlij komentarz