Tak się zastanawiałam, czy ta ksiażka mnie wymęczy czy pochłonę ją w trymiga i szybko doszłam do wniosku, ze nie włożę tej książki do żadnej szufladki, bo są to „Baciary z piekła rodem” – książka, którą czytałam z wytrzeszczem oczu, co chwilę sprawdzając okładkę, żeby upewnić się, że autor naprawdę dostał pozwolenie na publikację tego, co właśnie napisał.
Ziemowit Szczerek wziął był kilo historii, garść geografii, szczyptę polityki, trochę narodowych mitów, zdrowy rozsądek i kilka przypadkowych gołębi ze Lwowa i łupnął tym do wielkiego sagana, korzystając z przepisu z własnej wyobraźni, który mógłby się nazywać „katastrofa humanitarna”, a następnie podał czytelnikowi koktajl z parasolką i ostrzeżeniem od sanepidu.
Akcja tego szaleństwa dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Polska wygrała wojny, ale przegrała kontakt z rzeczywistością. Lwów jest Nowym Rzymem Europy, Warszawą gardzi się tak bardzo, że prawdopodobnie nawet GPS odmawia wyznaczania tam trasy, a po ulicach krążą baciary, filozofowie, wariaci i ludzie, którzy najwyraźniej nigdy nie słyszeli o zasadach BHP.
Główny bohater, Franciszek Kary, jest detektywem, ale takim bardziej galicyjskim Batmanem po ciężkim weekendzie niż Sherlockiem Holmesem. Ma kulę w głowie, fatalny charakter i poziom motywacji porównywalny z urzędnikiem w piątek o 14:55. Chciałby spokojnie czytać komiksy i sączyć sangamaryję, ale niestety ktoś zaczął mordować baciarów i układać ich zwłoki w tajemnicze symbole. A jak wiadomo, gdy seryjny morderca zaczyna bawić się w dekoratora wnętrz, sprawy przybierają nieprzyjemny obrót.
Szczerek pisze tak, jakby ktoś zamknął w jednym pokoju historyka, satyryka, fana kryminałów, miejskiego bajarza i człowieka, który od tygodnia nie śpi, a następnie kazał im wspólnie napisać powieść. Efekt jest zaskakująco spójny, choć momentami ma się wrażenie, że autor właśnie wyszedł z zakrętu bokiem i jeszcze macha czytelnikowi przez okno.
Humor jest tu czarny jak kawa zapomniana na kuchence od 1938 roku. Polityka dostaje po głowie, historia ma kręćka, narodowe świętości wywalają się do góry brzuchem i czasami ma się wrażenie, że jedyną rzeczą, która nie dostała na łeb, to Franciszek Kary, głównie dlatego, że już wcześniej utkwiła w nim kula. W tym łbie znaczy.
To taki kryminał, choć nie do końca, coś dla ludzi, którzy lubią, gdy podczas śledztwa ktoś co chwilę wysadza granice gatunku w powietrze. To alternatywna historia dla tych, którzy uznali, że zwykła historia jest zbyt nudna.
Komentarze
Prześlij komentarz