Przejdź do głównej zawartości

Kamil Dąbrowski – Persona non grata, czyli sołtys w wielkim mieście

Kiedy internetowy twórca postanawia wydać książkę, na czytelników zwykle pada lekki cień zwątpienia. Zwłaszcza gdy mówimy o kimś, kto na co dzień prowadzi profil pełen swojskiego humoru, trafnych, choć często dość przaśnych obserwacji i bezlitosnego wytykania naszych narodowych przywar. W przypadku Kamila Dąbrowskiego widmo porażki wisiało więc nad projektem od pierwszej zapowiedzi, bo jak tu wierzyć, że autor, który zasłynął z pastwienia się nad „typowym Januszem”, da radę napisać pełnowymiarową, dobrą książkę?

A jednak.



Dąbrowski wziął na warsztat historię Jurka z Gołaszyna – sołtysa, który w kilka dni traci stanowisko, robotę w tartaku, a przy okazji zderza się z informacją, że zostanie dziadkiem i musi wyprawić wesele syna. Proza życia, która u każdego innego bohatera skończyłaby się melancholią i narzekaniem, tu staje się punktem startowym całkiem szalonej przygody. A wszystko dzięki Halince, żonie o żelaznej determinacji i pomysłowości godnej sztabu kryzysowego. Jurek ląduje więc w Warszawie, gdzie nurkuje w świat deadline’ów, asapów i korporacyjnych absurdów. Zderzenie klasycznego chłopa z prowincji z wielkomiejską rzeczywistością daje efekt, który mógłby być krzywdzący albo płaski, ale autor zaskakuje tu dojrzałością. Tym razem jego humor nie celuje w stereotypowego wujaszka z wesela, którego wszyscy znają z internetu. Celuje w korporacyjny mikroświat, równie groteskowy, równie śmieszny i równie ludzki.

I właśnie tu tkwi największe zaskoczenie tej książki: Dąbrowski nie kpi z ludzi, tylko z absurdów, a to robi ogromną różnicę.

Nie brakuje tu rzecz jasna typowego dla autora ironicznego zacięcia. Jurek odkrywa Warszawę nocą, wpada na tzw. „śmieszne papieroski”, dowiaduje się, że jego znoszone koszule są teraz pełnoprawnym vintage, a tempo życia w stolicy przyprawia go o zawrót głowy większy niż bimber od szwagra. To jednak tylko tło do opowieści o człowieku, który chcąc nie chcąc musi przewrócić swoje życie do góry nogami.

To taka trochę komedia pomyłek, rodzinnych dramatów przy rosole, kapitalnych dialogów i zaskakujących zwrotów akcji, z lekkim wątkiem kryminalnym w tle. Największą zaletą książki są jednak jej bohaterowie, prawdziwi, pełnokrwiści, czasem irytujący, ale zawsze sympatyczni. Autorowi udało się oddać klimat Polski prowincjonalnej i wielkomiejskiej bez popadania w tani snobizm czy wiejską karykaturę.

Trudno było uwierzyć, że twórca znany z internetowych śmieszków poradzi sobie z literaturą. A jednak to się udało zaskakująco dobrze. Książka Kamila Dąbrowskiego jest zabawna, błyskotliwa, prześmiewcza, ale też ciepła i celna, bo przecież poczucie humoru można wykorzystać nie tylko do wytykania przywar, ale też do opowiadania historii, które po prostu chce się czytać.

A że przy okazji oberwało się korpo-ludkom? Cóż, najwyraźniej nadszedł czas, by to oni stali się bohaterami ludowych anegdot. W końcu w każdej kulturze wypada się czasem pośmiać… z samego siebie. I tego śmiechu Państwu życzę!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bajka o królowej Róży

Całkiem niedaleko, bo tuż za brzozwym lasem, stał biały domek pokryty starą cementową dachówką, którą tu i ówdzie pokrywał mech. Pomalowane na zielono okiennice lśniły w słońcu, a wielkie, otwarte na oścież drzwi zachęcały do odwiedzin. W domku mieszkał ogrodnik Szkuta, którego największą miłością było hodowanie kwiatów. Jak nikt inny znał wszystkie rośliny znajdujące się w ogrodzie, dbał o nie, pielęgnował i pomagał rosnąć. Jego największą tajemnicą było to, że potrafił porozumiewać się ze swoimi kwiatami. To właśnie one mówiły mu gdzie najlepiej je posadzić, w którym miejscu ziemia jest odpowiednio żyzna, a w którym miejscu wyleguje się rudy kocur Stefek i lepiej byłoby to miejsce omijać. Szkuta kochał swój ogród, ale brakowało mu rośliny, z której byłby dumny i mógłby chwalić się nią wśród znajomych. Pragnął takiej rośliny, która królowałaby w jego ogrodzie, dlatego w pierwszy piątek czerwca wybrał się na wielki targ rolniczy z zamiarem zakupienia sadzonek. Jego ...

Bajka o wrocławskich krasnalach

Baju, baju, bajka... Wszystkie dzieci wiedzą o tym, że krasnoludki to małe dzieln e skrzat y , które pracują w nocy i pomagają ludziom. Ale czy wiecie, że jest miasto, w którym krasnale żyją i mają się dobrze? Nie? No to spieszę z pomocą. Otóż krasnale mieszkają we Wrocławiu, pięknym mieście położonym na Dolnym Śląsku. Mieszka tam pewien mały chłopiec, który przeżył niezwykłą przygodę. Mam 10 lat i na imię mi Cyryl. Mieszkam z mamą w dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu, w starych koszarach wojskowych. Mój tato był porucznikiem w wojsku, ale zginął na misji i zostaliśmy z mamą we dwoje. Mam rude włosy i piegowaty nos. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mama mówi, że dzięki temu jestem wyjątkowy. Chodzę do szkoły na naszym osiedlu i mam wielu przyjaciół. W naszym bloku mieszkają ludzie, którym często pomagam. Czasem pomagam sąsiadce z dołu, wyprowadzam psa pana Kazimierza lub przytrzymuję ciężkie drzwi od klatki, żeby Pani Krysia mogła swobodnie wejść wraz ze swoimi rozkrzycza...

Nalewki

O tym, że po kieliszeczku nalewki ciepło rozlewa się leniwie po organizmie i przyjemnie mrowi w palcach, wie każdy. O jej działaniu napotnym i terapeutycznym również. Ale, że drugiego dnia, po przekroczeniu limitu łeb waży tyle co czterdziestotonowa ciężarówka, to nie piszą nigdzie.  Łyczek rozgrzewającego trunku dla kurażu, kropelka nalewki do herbaty - potrafią zdziałać cuda. Już w przeszłości poważane matrony raczyły się słodkim cherry, zagryzając maślanymi ciasteczkami. Taką mieszankę zdecydowanie odradzam, ze względu na niekompatybilność wyżej wymienionych składników, których spożycie w nadmiarze może wywołać sensacje dwudziestego wieku w jelitach. No, chyba, że lubicie obcowanie z porcelanowym ludkiem, wtedy oczywiście, bardzo proszę, ale ja ostrzegałam. Na półkach sklepowych znajdziecie milion różnych smaków, ale domowe nalewki nie mają nic wspólnego z tymi komercyjnymi. Prawdziwa, zdrowotna nalewka śmierdzi, rozgrzewa i pali gardło jak garść chili, ale staw...