Zawsze kiedy piszę o książkach Agaty Suchockiej wychodzi mi laurka. No, może nie lukrowana, ale zawsze chwalę. Tym razem też zdania nie zmieniam, bo się nie da. No lubię i już!
Tym razem autorka wzięła na tapet pewnego wodnika, któremu wcale w życiu swym długim łatwo nie było. Ale jak to u Agaty Suchockiej, nic tu nie jest oczywiste i przewidywalne, a to lubię w jej twórczości najbardziej.
To, co zachwyca mnie niezmiennie to język jakim się posługuje. W każdej jej książce jest płynny, pozbawiony powtórzeń czy głupich zwrotów. Wszystko jest zawsze doskonale przemyślane i skutecznie skupia uwagę. Zdradzę też, że w innych książkach pięknie pisze o miłości, nie tylko tej duchowej, choć przecież jest ważna, ale tej fizycznej, w której nikt się nie rozpada na tysiące kawałków a doświadcza czegoś wspaniałego. I to nie trąci banałem tylko jest oryginalne, a to mnie ogromnie raduje.
Jeśli zaś chodzi o te słowiańskie historie, to muszę przyznać, że pisze je po swojemu. Nie skupia się na źródle i pisaniu o przeszłości, choć rzec jasna nie da się tego całkowicie uniknąć, ale wplata zręcznie teraźniejszość i otaczające wszystkich problemy, nie boi się polityki i lawiruje sobie między tymi tematami z dużą gracją.
Dajcie się więc porwać i udajcie się w tę niezwykłą podróż, ale najpierw poznajcie bohaterów tej pysznej i arcyciekawej historii. Niech Wam umili czas i pochłonie tak bardzo jak mnie.
Komentarze
Prześlij komentarz