Zwykle, powieści postapokaliptyczne epatują wyłącznie brutalnością świata po katastrofie, pokazują ludzi, którzy usiłują odbudować znany im świat, ale najpierw muszą uporać się z problemami, które pojawiły się już po apokalipsie. Tutaj, autor tworzy historię osadzoną w ruinach po wojnie nuklearnej, ale jej prawdziwym tematem nie jest zagłada, lecz siła symboli i wspólnej wiary w porządek.
To był bardzo prosty, wręcz ironiczny pomysł, by anonimowy włóczęga założył kurtkę zmarłego listonosza. Początkowo tylko po to, by nie zamarznąć, ale z czasem ten mundur zaczął działać na ludzi jak relikt dawnego świata. Bohater odkrywa, że sama idea poczty, państwa i komunikacji daje ocalałym nadzieję. Widać więc jak na dłoni, jak łatwo społeczeństwo rozpada się pod wpływem strachu i przemocy, ale też jak desperacko potrzebuje normalności.
Autor opisuje tu Amerykę po katastrofie jako miejsce dzikie, rozbite i pełne lokalnych tyranów, a jednocześnie pozostawia przestrzeń dla optymizmu. To nie jest nihilistyczna wizja końca świata w stylu wielu współczesnych dystopii, a wręcz przeciwnie, momentami jest niemal idealistyczna. Brin sugeruje, że cywilizacja nie opiera się wyłącznie na sile militarnej czy technologii, lecz przede wszystkim na zaufaniu i wspólnych celach.
Powieść wyróżnia się ciekawym tempem narracji. Z jednej bowiem strony to pełna przygód wędrówka przez postapokaliptyczny świat, a z drugiej filozoficzna refleksja nad naturą państwa, demokracji i odpowiedzialności społecznej. Niektóre fragmenty mogą wydawać się dziś nieco rozwlekłe, a część wizji technologicznych zdradza swoje lata, ale główne przesłanie pozostaje zaskakująco aktualne.
To książka dla czytelników, którzy w science fiction szukają czegoś więcej niż akcji i survivalu.
Komentarze
Prześlij komentarz