Książka, o której dziś, stała się częścią mojego czytelniczego świata już dawno temu. W zasadzie to cała seria zawładnęła moim jestestwem i do dziś się tam solidnie rozpycha z Tolkienem na spółkę. I nie przesadzę, jeśli napiszę, że uwielbiam tę monumentalną sagę George’a R.R. Martina dosłownie za wszystko. Kocham jego rozmach, tysiące stron tekstu, kolejne intrygi, polityczne gierki, ale i zdrady, i sojusze zawierane z wyrachowania. Wielbię też bohaterów, których los potrafi się zmienić się w jednej chwili. Powrót do Westeros zawsze jest fascynujący, ale teraz mogę pozwolić sobie na wybiórcze czytanie, bo doskonale znam całą serię. Więc wracam sobie do świata, który z jednej strony jest przerażająco brutalny, a z drugiej tak fascynujący, że bardzo trudno się z niego wydostać, ale to sam środek tej serii. Martin jest mistrzem tworzenia historii wielowarstwowych, a tutaj nic nie dzieje się przypadkiem. Każde słowo może mieć swoje konsekwencje, które pojawią się dopiero wiele stron p...