Gdyby ktoś powiedział mi, że historia o chłopcu w okularach „jak denka od butelek” wciągnie mnie bardziej niż serial z szybkim montażem i dramatyczną muzyką, to nie uwierzyłbym wcale. A jednak! Dom numer pięć robi robotę (jak mawia młodzież), i wciąga, wzrusza, i jeszcze po drodze podsuwa kilka mądrych myśli.
Piotrek to chłopak, który w szkolnej hierarchii zajmuje zaszczytne miejsce… gdzieś między „niewidzialny” a „ostatni do wszystkiego”. Gdyby życie było grą w piłkę, Piotrek siedziałby na ławce rezerwowych i jeszcze podawał bidony. Na szczęście pojawia się pan Gliwiusz, nauczyciel WF-u, który najwyraźniej wierzy w motywację przez krzyczenie „możesz szybciej!” (czyli klasyk gatunku). I, o dziwo, to działa.
Momentem przełomowym staje się ucieczka bez okularów przed szkolnym osiłkiem. Brzmi jak początek katastrofy, a okazuje się początkiem przygody, bo właśnie wtedy Piotrek trafia do tajemniczego domu numer 5. A tam… no cóż, jest trochę dziwnie, trochę magicznie i zdecydowanie nie tak, jak w zwykłym szeregowcu.
Największa siła tej książki to to, że mówi o trudnych sprawach (dokuczanie, samotność, bycie „tym innym”), ale robi to lekko, z humorem i bez moralizatorskiego zadęcia w stylu „a teraz, drogie dzieci, zapamiętajcie”. Zamiast tego jest jasny przekaz, że odwaga nie zawsze wygląda jak w filmach akcji, bo czasem to po prostu decyzja, żeby nie uciekać (albo uciec, ale we właściwym kierunku).
Dom numer pięć to opowieść, która rozgrzewa serce, poprawia humor i otula ciepłem. Tak więc, nawet jeśli czujesz się jak „ostatni wybór”, to wcale nie znaczy, że jesteś najmniej ważny. A czasem wystarczy skręcić w odpowiednią ulicę… najlepiej taką z tajemniczym domem.
Komentarze
Prześlij komentarz