Przejdź do głównej zawartości

Jonathan Santlofer – Zaginiony Van Gogh

 Czy można połączyć wątki historyczne ze współczesnością i na ich kanwie ułożyć fabułę pasjonującej powieści sensacyjnej? Owszem! Można też się przy niej nieźle bawić, a to już niebywała sztuka żeby dwa, wydawać by się mogło nie pasujące do siebie wątki, połączyć i zachwycić.



To już druga powieść, w której Luke Perrone i Alexis Verde, potomkowie złodziei dzieł sztuki, stają się poszukiwaczami prawdy, odkrywając tajemnice, które kryje historia sztuki. 

Dla miłośników malarstwa, historii i muzealnych zakamarków ta książka to prawdziwy cymes, bowiem autor jest nie tylko utalentowanym pisarzem, ale i artystą. Z niezwykłą dbałością więc opisuje dzieła sztuki, ich lokalizacje, konteksty powstania i losy po śmierci artystów. Szczególnie fascynujący jest wątek Vincenta van Gogha, jego tajemniczej śmierci oraz teorii, że nie popełnił samobójstwa, lecz padł ofiarą nieszczęśliwego (lub celowego) zdarzenia.

To taka trochę alternatywna wersja wydarzeń, według której jeden z ostatnich obrazów Van Gogha został wystawiony obok jego trumny, po czym zniknął bez śladu. I to właśnie ten zaginiony obraz staje się osią całej historii oraz punktem wyjścia do pełnej napięcia podróży przez kontynenty i dekady.

Santlofer umiejętnie łączy tempo thrillera z refleksją nad tym, czym właściwie jest sztuka. Każe się bowiem zastanowić, czy jest ona obiektem estetycznym, czy może symbolem ludzkich pragnień, ambicji i grzechów. To fascynująca podróż przez świat galerii, muzeów i czarnych rynków sztuki  pełna zwrotów akcji, tajemnic i piękna. 

Takich historii nam trzeba. Wielowątkowych, złożonych i wyrafinowanych. Wspaniała, mocna książka z historycznym i pełnym sztuki kręgosłupem, który trzyma w ryzach całą opowieść. Doskonała rozrywka!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bajka o królowej Róży

Całkiem niedaleko, bo tuż za brzozwym lasem, stał biały domek pokryty starą cementową dachówką, którą tu i ówdzie pokrywał mech. Pomalowane na zielono okiennice lśniły w słońcu, a wielkie, otwarte na oścież drzwi zachęcały do odwiedzin. W domku mieszkał ogrodnik Szkuta, którego największą miłością było hodowanie kwiatów. Jak nikt inny znał wszystkie rośliny znajdujące się w ogrodzie, dbał o nie, pielęgnował i pomagał rosnąć. Jego największą tajemnicą było to, że potrafił porozumiewać się ze swoimi kwiatami. To właśnie one mówiły mu gdzie najlepiej je posadzić, w którym miejscu ziemia jest odpowiednio żyzna, a w którym miejscu wyleguje się rudy kocur Stefek i lepiej byłoby to miejsce omijać. Szkuta kochał swój ogród, ale brakowało mu rośliny, z której byłby dumny i mógłby chwalić się nią wśród znajomych. Pragnął takiej rośliny, która królowałaby w jego ogrodzie, dlatego w pierwszy piątek czerwca wybrał się na wielki targ rolniczy z zamiarem zakupienia sadzonek. Jego ...

Bajka o wrocławskich krasnalach

Baju, baju, bajka... Wszystkie dzieci wiedzą o tym, że krasnoludki to małe dzieln e skrzat y , które pracują w nocy i pomagają ludziom. Ale czy wiecie, że jest miasto, w którym krasnale żyją i mają się dobrze? Nie? No to spieszę z pomocą. Otóż krasnale mieszkają we Wrocławiu, pięknym mieście położonym na Dolnym Śląsku. Mieszka tam pewien mały chłopiec, który przeżył niezwykłą przygodę. Mam 10 lat i na imię mi Cyryl. Mieszkam z mamą w dzielnicy Psie Pole we Wrocławiu, w starych koszarach wojskowych. Mój tato był porucznikiem w wojsku, ale zginął na misji i zostaliśmy z mamą we dwoje. Mam rude włosy i piegowaty nos. Nie przeszkadza mi to jednak, bo mama mówi, że dzięki temu jestem wyjątkowy. Chodzę do szkoły na naszym osiedlu i mam wielu przyjaciół. W naszym bloku mieszkają ludzie, którym często pomagam. Czasem pomagam sąsiadce z dołu, wyprowadzam psa pana Kazimierza lub przytrzymuję ciężkie drzwi od klatki, żeby Pani Krysia mogła swobodnie wejść wraz ze swoimi rozkrzycza...

Nalewki

O tym, że po kieliszeczku nalewki ciepło rozlewa się leniwie po organizmie i przyjemnie mrowi w palcach, wie każdy. O jej działaniu napotnym i terapeutycznym również. Ale, że drugiego dnia, po przekroczeniu limitu łeb waży tyle co czterdziestotonowa ciężarówka, to nie piszą nigdzie.  Łyczek rozgrzewającego trunku dla kurażu, kropelka nalewki do herbaty - potrafią zdziałać cuda. Już w przeszłości poważane matrony raczyły się słodkim cherry, zagryzając maślanymi ciasteczkami. Taką mieszankę zdecydowanie odradzam, ze względu na niekompatybilność wyżej wymienionych składników, których spożycie w nadmiarze może wywołać sensacje dwudziestego wieku w jelitach. No, chyba, że lubicie obcowanie z porcelanowym ludkiem, wtedy oczywiście, bardzo proszę, ale ja ostrzegałam. Na półkach sklepowych znajdziecie milion różnych smaków, ale domowe nalewki nie mają nic wspólnego z tymi komercyjnymi. Prawdziwa, zdrowotna nalewka śmierdzi, rozgrzewa i pali gardło jak garść chili, ale staw...