Można by się zastanawiać, czym zasłużyła sobie na mą dozgonną miłość Aleksandra Rumin, ale odpowiedź jest szalenie prosta. Otóż autorka ma doskonałe oko do fałszu, celnie wytyka nasze polskie błędy i kpi z nich z ogromną wprawą. A że robi to inteligentnie, lotnie i z olbrzymim poczuciem humoru, toteż pochłaniam jej książki jak lek na złe samopoczucie i radośnie szukam dziur w całym w najbliższym otoczeniu. Żeby dobrze wgryźć się w tę historię, należy mentalnie przenieść się do niewielkiej miejscowości gdzieś w Polsce, w której miłościwie panujący wójt ma kochankę, lewe dochody i trzęsie gminą niczym najlepszy z polityków. Do czasu jednak, kiedy znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a o jego miejsce ubiegają się inni kandydaci. Z czego jeden z zupełnego przypadku, a nawet przymusu. To, co charakteryzuje tę powieść to lekkość pióra, inteligentne dialogi i wysmakowane poczucie humoru. Nie ma tu miejsca na nic nieznaczące gagi. Są za to żarty sytuacyjne, cięte riposty i zabawne zwr...